Chciałbym Was przeprosić.

Pozwólcie, że opowiem pewną historię. Prawdziwą. Obfitującą w zwroty akcji. Zaskakujące nawet dla mnie.

Między „Demanem” i „Kultorem” miałem dłuższą przerwę w publikowaniu – ponad 2.5 roku. W pewnym osobistym poście z maja 2023 opowiadałem, że pośrednio spowodowała to depresja, ale nie tylko.

Zaraz po premierze „Demana” zabrałem się bowiem za pewną powieść, której nie dokończyłem, i po siedmiu miesiącach porzuciłem nad nią prace na rzecz drugiej z wymienionych. Ów tytuł – „Dom Przejścia” – to kolejny horror osadzony na Suwalszczyźnie, tym razem dotyczący ruin pewnego szlacheckiego dworu położonych na północnych krańcach jeziora Hańcza. Najgłębszego w Polsce, co pachniało inspirującym motywem do wykorzystania.

Historia o pisarzu, który ma na koncie kilka powieści. Ku jego zaskoczeniu jedna z nich stała się potężnym hitem. Najpierw dobrze przyjęła się w Polsce, co poskutkowało udaną, głośną ekranizacją giganta streamingowego. Dzięki temu usłyszał o niej cały świat i została przetłumaczona na kilkanaście języków. Czytelnicy, liczeni w milionach, ją pokochali. Od tamtej pory porównywali jednak każdą kolejną pracę bohatera z tą najsłynniejszą. Niestety żadna nie spełniała oczekiwań, żadna nie była w stanie przeskoczyć wysoko zawieszonej poprzeczki, co doprowadzało go do coraz większej frustracji (a jego korpo-wydawcę do zniecierpliwienia i wywierania presji), że choć stara się z całych sił, nie potrafi przebić samego siebie w oczach odbiorców. A ma ku temu motywację większą niż tylko artystyczna ambicja. Jego kilkuletni synek jest nieuleczalnie chory i potrzebuje pieniędzy. Nie na terapię, która go wyleczy, bo leku na jego przypadłość jeszcze nie wynaleziono i malec najprawdopodobniej nie dożyje wieku nastoletniego. Bardziej na nadzieję, że wymarzony specyfik kiedyś powstanie. I zapewne – jak to w takich sytuacjach na ogół się dzieje – wówczas będzie kosztował ośmiocyfrową kwotę.

W końcu bohater stawia wszystko na jedną kartę i decyduje się na przeprowadzkę do Suwalskiego Parku Krajobrazowego, licząc, że baśniowa atmosfera tego miejsca natchnie go na stworzenie powieści, która zadowoli jego czytelników, a co za tym idzie – wydawcę. Zaczyna badać temat wspomnianych ruin jako potencjalnego zalążka pod nową historię. Jego podlana atakami padaczki synka determinacja, aby stworzyć swoje największe dzieło, zamienia się w obsesję. Również na punkcie ruin i otaczających je pozostałości po parku dworskim, które zdają się emanować dziwną energią, przyciągać go, wręcz od siebie uzależniać. Do tego przysiągłby, że dwór, po którym zostały jedynie fundamenty, od czasu do czasu ukazuje mu się w całości…

Nie szła mi ta powieść kompletnie. Mózg, działający jak na zaciągniętym hamulcu ręcznym, nie był w stanie wykrzesać z siebie jakiejkolwiek kreatywnej energii, aby się w niej zanurzyć, samemu się w nią wciągnąć, myśleć o niej bez przerwy i zapisywać niekończące się pomysły, jak to działo się na przykład podczas pisania „Inkuba”. Początek 2023 roku przyniósł natomiast w moim życiu wiele zmian: farmakologiczne leczenie depresji, przeszczep włosów, nowe wydawnictwo oraz… odkrycie przeze mnie na Suwalszczyźnie opuszczonego, ukrytego przed światem gospodarstwa, do którego nie prowadzi żadna droga. Tak narodził się pomysł na „Kultora” i tym samym projekt „Dom Przejścia” został odłożony do szuflady. Niektórzy z Was o nim wiedzieli i pytali o niego. Zawsze odpowiadałem wówczas tak samo: na razie go porzuciłem, ale na sto procent go skończę, bo nadal widzę w tej historii potencjał.

No i skończyłem.

Jeszcze nie jest to tekst gotowy do oddania wydawnictwu pod redaktorski nóż, ale dziś postawiłem ostatnią kropkę w drafcie, co oznacza, że szkielet, w którym można lepić i go ulepszać, jest gotowy. Reszta to przyjemna formalność. Najtrudniejsza część pracy, jakieś 70%, jest już za mną. Ku mojemu zaskoczeniu, bo zajęło mi to tylko trzy i pół miesiąca. I to z długimi przerwami od pisania podczas urlopów.

Oznacza to też, że właśnie „Dom Przejścia” będzie moją kolejną premierą.

I tu dochodzimy do moich zapowiedzianych we wstępie przeprosin. Na końcu „Kultora” obiecałem Wam pewną powieść, wieńczącą trylogię. Z ręką na sercu – próbowałem. Pracowałem nad nią od maja do października zeszłego roku. Dzień w dzień. Całkiem sporo z niej już powstało; wiem, jak się skończy; wiem, jakie będą kluczowe punkty w fabule; wiem również mniej więcej, jakie ścieżki doprowadzą od jednego do drugiego. Przydarzyło mi się jednak to samo, co przy pierwszym podejściu do „Domu Przejścia” – nie potrafiłem się w niej zanurzyć, zmuszałem się do tego, nie wyczekiwałem kolejnych poranków spędzanych na zapisywaniu nowych stron. Nie połączyłem się z nią moim kreatywnym umysłem. W przeciwieństwie do „Domu Przejścia”, do którego wróciłem z braku pomysłu, w jakim kierunku twórczego szlaku ruszyć. Tak się bowiem złożyło, że moja sytuacja życiowa jest podobna do sytuacji bohatera – przeprowadzka do SPK, obsesja, aby przebić samego siebie, niespełnianie oczekiwań pomimo usilnych starań.

Zaklikało. Napisałem go praktycznie od nowa, wykorzystałem zaledwie pojedyncze fragmenty z pierwszego podejścia. Wsiąknąłem, znowu zaczęły pojawiać się pomysły, tak wiele, że nie nadążałem z ich zapisywaniem, chodząc w skupieniu w kółko po pokoju z dyktafonem. Zamiast zaplanowanych pięciu stron dziennie pisałem po siedem, osiem, dziewięć. Kiedy robiłem sobie przerwy w trakcie urlopów, wyczekiwałem, aż się skończą, bo nowe koncepty domagały się, aby przelać je na ekran komputera. Coś takiego nie przydarzyło mi się od czasów „Inkuba”. Nie mnie oceniać, jak zostanie przyjęty efekt końcowy. Moja osobista, niewiele znacząca opinia jest taka, że od tej pory uważam „Dom Przejścia” za moją ulubioną powieść swojego autorstwa. Jest ponura. Osobista. Metafizyczna. Opowiada o… opowieści. O tym abstrakcyjnym obiekcie, który wywiera wpływ na naszą rzeczywistość o wiele bardziej i częściej, niż się nam wydaje.

Ta historia nauczyła mnie jednego. Kiedy traktujesz pisarstwo jak pasję, jakiś rodzaj wyrazu, nazwijmy to patetycznie: sztuki, nie da się za każdym razem zaplanować, która powieść będzie następna. Na każdą bowiem przychodzi czas i miejsce. Czasem musi swoje odleżeć. Dojrzeć. Czekać na odpowiedni moment, na określoną sytuację życiową autora, aby go wchłonąć. Aby go trafiło, niosło i sam nie potrafił się od niej oderwać.

Aby dał się jej… opętać.

A „Sukkub”? Powstanie. Jeszcze nie teraz, ale kiedyś na pewno. Przyjmijcie, proszę, moje przeprosiny i pozwólcie mu, proszę, dojrzewać we mnie trochę dłużej, niż zapowiedziałem. „Dom Przejścia” pokazał mi, że właśnie to jest mu teraz potrzebne. Tylko to.